Kraków, gorące czerwcowe popołudnie. Ostatnie obowiązki i rozważania nad planem na następne miesiące. Przez przypadek zobaczyłem ofertę przelotu czarterowego do Kenii. Cena była na tyle atrakcyjna, że nie było co się zastanawiać. Kilka telefonów, ekipa zebrana, decyzja w 20 godzin. Przelot w obie strony, tylko tydzień pobytu. Co można zobaczyć w 7 dni w Afryce? Taka okazja może się nie powtórzyć. Dobre i 7 dni. Raz się żyje!

SOBOTA 1 LIPCA
Szybkie pakowanie, taksówka na dworzec z postojem na aktywację karty płatniczej, w ostatniej chwili wskakujemy do pociągu do Wrocławia. W Katowicach wskakują do niego starzy znajomi z Fanclubu Dżemu. Jadą na koncert Satrianiego. A my do Afryki. Przeglądamy przewodnik i zdjęcia zwierząt. Ciekawe czy spotkamy je na miejscu. Przesiadka na pociąg do Zgorzelca, gdzie dojeżdżamy wieczorem. Dobra kolacja w chińskiej knajpie i krótki nocleg w PTTKu.

NIEDZIELA 2 LIPCA
Pobudka o 4:00, prysznic, na stacji w Goerlitz spotykamy Roberta. Szukamy partnerów do Wochenende, ale nie ma zainteresowanych. Kupujemy bilet w 3 osoby, i tak nie wychodzi drogo. Cztery przesiadki i jesteśmy na lotnisku we Frankfurcie. Z jednego pociągu wysiedliśmy za wcześnie, ale jakimś cudem jechał inny w tym samym kierunku 2 minuty później. Zdążyliśmy. Jaś czeka na nas przy wyjściu z metra w gotowości. Ogromne lotnisko, setki samolotów, nie łatwo odnaleźć właściwy. Długa kolejka do oprawy. W ostatniej chwili policja zamyka część hali przy naszym gate. Może nie jest nam dana wyprawa do Afryki? Ze sporym opóźnieniem odlatujemy prawie pustym Airbusem do Duseldorfu, gdzie przesiadamy się na właściwy lot do Mombasy. Teraz samolot wypełniony jest do ostatniego miejsca. Współtowarzysz podróży zakłada długie rajstopy, chyba nie dlatego, że tańczy w balecie. Ja jednak pozostałem w krótkich spodniach. Przecież lecimy do Kenii.

PONIEDZIAŁEK 3 LIPCA
Lądujemy z opóźnieniem. Z okien widać było tylko światła linii brzegowej Półwyspu Apenińskiego, a potem już tylko okolice Mombasy. Żeby oszczędzić 30 dolarów kupujemy wizę tranzytową mówiąc, że jedziemy do Tanzanii. Ciekawe czy będą problemy w drodze powrotnej. Przy wyjściu z lotniska czeka już na nas umówiony taksówkarz Combo. Strasznie się denerwuje, że długo czekał i musi odwołać innych klientów. Chyba będzie drogo, trudno. Dość wczesny poranek, choć już trochę palące słońce. Najpierw jedziemy na stację kolejową kupić bilet do Nairobi. Pociągi jeżdżą tam nocą dwa razy w tygodniu, najbliższy we wtorek. Pomimo ostrzeżeń, że mogą być problemy z dostępczością biletów kupujemy je bez problemu. Stacja w drugim co do wielkości mieście w Kenii to jeden rozwalający się domek z dwoma kasami. Pytamy gdzie dworzec, obsługa pokazuje tory za domkiem. Czyli powinniśmy odjechac. Po kawie w dość europejskim bistro ruszamy na szybkie zwiedzanie miasta. Nie robi ono na nas większego wrażenia, sporo ludzi, walające się śmieci, jeżdżące samochody i tamtejsze busiki - matatu. Uliczne stragany i sprzedawcy co rusz oferujący swoje towary. Znajdujemy sporo analogii z miastami w Indiach, jednak tu jest dużo mniej ludzi i mniejszy chaos. Na uwagę zasługuje starówka, labirynt uliczek, stare domy, brak bieżącej wody, trudne warunki życia, które jednak płynie dość spokojnie. Po południu jedziemy do Diani Beach, określanej najpiękniejszą w Afryce, jakieś 30 km od miasta. Zatrzymujemy się w domku prawie na samej plaży. Obsługa ostrzega, żeby dobrze zamykać drzwi, bo często wskakują małpy. Plaża ładna, lecz nie wiele ją różni od śródziemnomorskich. Morze słone, czyste i ciepłe. Mało ludzi, bo teraz nie ma sezonu turystycznego, kenijska zima, ok. 20 stopni. Wycieczka do sklepu, gdzie kupujemy miejscowe whisky za ok. 2 zł. Z colą stanowi niezłego drinka. Spotykamy bardzo miłych kolegów, którzy proponują nam wyprawę łodzią na rafę koralową. Umawiamy się na następny dzień i powoli idziemy spać.

   

   

   

   

   

   

   

   

   

   

   

WTOREK 4 LIPCA
Poranek rozpoczyna się od walk z małpami, które porywają z tarasu świeżo zakupione banany. Płyniemy na rafę łodzią budowaną tak samo chyba od kilkuset lat. Woda czysta, piękne podwodne obserwacje, które można przeprowadzać w masce lub okularach. Załogę stanowi czterech chłopców. Żyją z turystyki, znają kilka słów po polsku, uczą nas suahili. Nie biorą dużo pieniędzy, lecz proszą o ubrania i jedzenie. Jeden opowiada o swoim bracie, którzy nie może chodzić do szkoły, bo nie stać ich na mundurek i zeszyty. Prowadzą nas pod palmy i demonstrują technikę zrywania kokosów. Robert i Jaś testują ją z powodzeniem. Popijamy mleko kokosowe, przychodzą miejscowi miłośnicy reggae proponująć jointa. Cena bardzo przystęna, ale nie jesteśmy amatorami. Szybki obiadek w postaci zupki chińskiej i polskiego sera żółtego. Idziemy na główną drogę, łapiemy matatu. Wszędzie jeżdżą takie same zniszczone Nissany, ludzie wsiadają w biegu, naganiacze krzyczą głośno kierunek i zbierają kasę. Czasem jadą trzymając się pojazdu tylko jedną ręką. Niezależnie w jakim byłby stanie pojazd posiada porządne nagłośnienie najczęściej w rytmach reggae lub starych hiciorów. Dziury w drodze mieszczą prawie całe koła. Ludzie uśmiechnieci, żywiołowo rozmawiający miedzy sobą, zainteresowani naszymi osobami. Jeden chce od Jasia kupić czapkę Po dwóch przesiadkachi przepłynięciu promem na wyspę, na której znajduje się Mombada, dojeżdżamy do dworca kolejowego. Już gromadzą się ludzie, choć pociąg odjeżdża za dwie godziny. Robimy zakupy w markecie i wsiadamy do wagonu. Druga klasa, bez jedzenia i pościeli. Eleganckie skórzane kanapy, umywalka, światło tylko podczas jazdy, ale rozdają przenośne lampki. Nie dużo ludzi, w zasadzie mogliśmy kupić miejsca siedzące. W megafonie pani informuje, że pociąg odjedzie pół godziny później. Robert przez przypadek ciągnie za hamulec bezpieczeństwa, cały wagon syczy. Kolejarze biegają z latarkami i szukają przyczyny awarii. Znajdują, ale nic nie mówią. Co chwilę elegancko ubrana obsługa przychodzi, wita, pyta o zdrowie, pozdrawia i życzy miłej podróży. Ruszamy w tempie wozu z koniem, ale potem przyśpieszamy. Spacerek do wagonu restauracyjnego na piwo, które serwują murzyni w białych garniturach. W przedziale obok Rumunka i Angielka jadące na wolontariat, niestety nie bardzo rozmowne. Czas spać.

   

   

   

   

   

   

   

   

ŚRODA 5 LIPCA
Pociąg stoi w miejscowości Sułtan-Hamud. Po kilku godzinach konduktorka informuje, że nie pojedzie dalej. Przesiadka do matatu. 100 km dziurawej drogi i jesteśmy w Nairobi. Zostawiamy rzeczy u naszego przyjaciela i po krótkim odpoczynku udajemy się na spacer po mieście. Centrum chaosem i ilością ludzi przypomina miejscami Indie, jednak budownictwo w większej części jest bardziej europejskie. Asfaltowe ulice, chodniki, wieżowce. Tu afrykańskie interesy załatwia wiele międzynarodowych koncernów. Kupujemy powrotny bilet do Mombasy, żeby mieć względną pewność, że zdążymy na samolot. Wybieramy najtańszą ofertę Exciting Line. Zapewniają, że podróż o dystansie 600 km będzie trwała 6 godzin. Ciekawe czy firma w ogóle istnieje. Aby wsiąść do matatu w kierunku domu musimy przepychać innych potencjalnych pasażerów. Obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy, niezależnie od wieku i płci.

   

   

   

   

 

CZWARTEK 6 LIPCA
Wczesnym porankiem wsiadamy do matatu do Nakuru, gdzie jest jeden z najpiękniejszych kenijskich parków narodowych. Dziesiątki sprzedawców oferują podróżnym napoje, jedzenie i inne według nich przydatne przedmioty. Wciskają je przez okno pojazdów i oczekują zapłaty. Jasiu za około dolara nabył starter miejcowej sieci komórkowej Safaricom, niestety 0 na koncie. Droga miejscami dobra, miejscami w budowie, a czasem w ogóle jej nie ma. Dopłacamy kierowcy i zawozi nas pod samą bramę parku. Kupujemy niestety drogie bilety $40/24h. Ze względu na niebezpieczne zwierzęta park można zwiedzać tylko samochodem. Zorganizowane safari z przewodnikiem kosztuje fortunę, taksówka też droga. Próbujemy się do kogoś doczepić. Sami turyści z Europy Zachodniej i USA, nie rozumieją naszego problemu. Mają wolne miejsca, ale chcą spore pieniądze. Złapanie stopa wymaga czasu, którego mamy mało. Wreszcie spotykamy pseudo-taksówkarza, który zgadza się nas przewieść za mniejszą sumę. Szyby otwiera się wyjmując je prawie z uszczelek, pojazd czasami staje, ale jest ok. Jedziemy jeszcze po benzynę i zatrzymujemy się w lokalnej knajpce. Ludzie bardzo entuzjastycznie nas witają. Pan w średnim wieku opowiada, że studiował ekonomię w Londynie i chciałby wrócić do Europy, żeby wykorzystać swoją wiedzę. Jest to trudne, prosi o pomoc, wymieniamy adresy. Park robi na nas spore wrażenie. Na niedużej powierzchni jest jezioro i las, spotykamy zebry, flamingi, nosorożce, gazele, małpy i pawiany. Trochę denerwuje nas, że wraz z innymi zwiedzającymi zakłócamy spokojną egzystencję tych zwierząt. Ale jak inaczej je zobaczyć? Kierowca co chwilę się zatrzymuje i mówi, że zaraz zabraknie nam benzyny. Zaczyna padać deszcz, zbiera się na burzę. Nasz przewodnik sprawia wrażenie jakby był w tym miejcu po raz pierwszy. Na szczęście mamy mapę i skutecznie prowadzimy go do bramy wyjazdowej. Tam okazuje się, że bilet, choć 24-godzinny, po wyjeździe z parku traci ważność. Trudno, jutro już tutaj nie wrócimy. Śpimy w hotelu, który zarezerwował nam nasz przyjaciel z Nairobi. Sympatycznie, choć drożej niż w Diani Beach.

   

   

   

   

   

   

PIĄTEK 7 LIPCA
Chcieliśmy się wykąpać w hotelowym basenie, ale pada deszcz i jest ok. 16 stopni. Czy naprawdę jesteśmy w Afryce? Nie stać nas niestety na zwiedzanie innych parków narodowych więc wracamy do Nairobi. Tata i Robert wsiadają w matatu, a ja z Jasiem postanowiliśmy sprawdzić czy w Kenii da się jeździć stopem. Nie minęło kilka minut po wyjściu na drogę i zatrzymuje się dostawczy samochód Coca-Coli. Szoferka zajęta więc wskakujemy na pakę. Brak światła, robimy zdjęcia z fleszem, żeby zobaczyć gdzie jesteśmy. Siedzimy na nogach plastikowych krzeseł ogrodowych trzymając się jakichś koszy. Droga robi się coraz bardziej dziurawa, nieźle podskakujemy. Po kilkudziesięciu minutach walimy w dach w nadziei, że kierowca się zatrzyma. Na szczęście usłyszał. Wysiadamy, dziękujemy tłumacząc, że nasze kości ogonowe względnie psychika mogą tego dłużej nie wytrzymać. Całkiem ładny krajobraz, mija nas Tata i Robert w matatu. Chwilę później zatrzymuje się ciężarówka wioząca kawę z Ugandy. Jedzie do Mombasy, żeby załadować kawę na statek, ale wcześniej musi zrobić postój. Potem łapiemy 3 chłopaków w miarę nowym tirzez Renault. Na uchwycie od lusterka mają kolce, to ochrona przed, jak mówią, nocnymi bandytami. Wszyscy pytają nas o Polskę, gdzie leży, jaki jest tam klimat, czy są małpy i rasizm. Wymieniamy się kontaktami, proszą o telefon jak dojedziemy. Kolejne kiladziesiąt kilometrów jedziemy bardzo wolno, kierowcy najwyraźniej się nie śpieszy, absorbuje go bardzo konwersacja. Chce zaprosić nas do swojego domu i pokazać Mount Kenia. Odmawiamy z braku czasu. Zatrzymuje się przy przydrożnych straganach, żeby kupić warzywa dla swoich dzieci. Kilkanaście kobiet sprzedaje kilkanaście kilo ziemniaków. Pewnie siedzą tak cały dzień. Jakieś dziecko chodzi ubrane w worek na ziemniaki Chłopak biega za przejeżdżającymi samochodami oferując ciasteczka i lizaki. Czy ci ludzie są szczęśliwi? Czy wiedzą jak żyją inni? Do centrum Nairobi zawozi nas elegancki pan. Wysiadamy pod znaną już kafejką internetową, sprawdzamy pocztę i robimy zakupy. Konsumcja jogurtu z bagetką w naszym wykonaniu na ulicy, nie wiedzieć czemu, budzi w miejscowych niezwykłą radość. Czas na dobre piwko Tusker i podsumowanie - w Kenii bez problemu można jeździć stopem. Nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut, nikt nie chciał kasy za przejazd.

   

   

   

   

 

SOBOTA 8 LIPCA
Dzisiejszy dzień spędzamy dość spokojnie. Najpierw zwiedzamy centrum ONZ. Samowystarczalny teren posiadający własną łączność, wodę, ścieki, elektryczność itp. Tutaj odbywa się wiele międzynarodowych konferencji dotyczących Afryki. Potem zakupy w centrum, nie ma nic specjalnie ciekawego, a ceny dość wysokie. Potem ładny spacerek po plantacjach kawy i herbaty. Idziemy także do dwóch galerii współczesnego kenijskiego malarstwa. Twórcy prezentujący swoje prace na całym świecie na co dzień wystawiają je wraz z przyjaciółmi w małych, często nie oznaczonych domkach na przedmieściach. Wieczorem jemy dobrą kolację w hinduskim centrum handlowym. Prawie jak w Indiach, choć mogło by być bardziej ostre.

   

   

   

NIEDZIELA 9 LIPCA
Czas wracać do Mombasy. Pociąg odjechał niestety w piątek, a następny za kilka dni. Wsiadamy do autobusu, co prawda nie Exciting Line, ale konduktor szybko wymienił nam bilety na właściwe. Przemieszczamy się dość szybko w rytm jakiejś płyty reggae z częstymi postojami w celach sanitarno-kulinarnych. Dużo dziur, skaczemy, boję się czy potem odczytam zapiski sporządzane w tym dzienniku. Przejeżdżamy prawie długość Polski, a widać tylko kilka wiosek. 600 km w 8 godzin to niezły wynik. Lądujemy w przyjemnym tanim hitelu w muzułmańskiej dzielnicy. Dobry kebabkik z frytkami w pobliskim barze i mniej dobre wiadomości polityczne z Polski w kafejce internetowej. Wyjazd dobiega końca, jutro rano mamy lot do Frankfurtu. Potem każdy jedzie w swoją stronę. Było warto, nawet na 7 dni. Jeszcze wrócimy do Afryki.

 

Romuald Stankiewicz